No wreszcie wyszła

Ile można tam siedzieć?

Podobne słowa padły podczas miesięcy letnich z ust pewnej pani, która w kolejce do lekarza była jeszcze za mną. Siedziałyśmy same pod gabinetem. No bo ilu jest takich desperatów, którzy w wakacje robią badania kontrolne, żeby się nie dać za szybko z tego świata zdrapać? Ze spokojem i uśmiechem na ustach odparłam, że widocznie temu człowiekowi za drzwiami tyle czasu potrzeba. Pani nic nie odpowiedziała. Kiedy po pewnym czasie wyszłam z gabinetu, usłyszałam ciche „no wreszcie wyszła”.

Powiem Ci, Człowieku Czytelniku, że kilka razy słyszałam takie teksty. Myślę, że najciekawsza była kobieta w ciąży pod drzwiami gabinetu ginekologa. Począwszy od narzekań rzucanych w eter po bardzo głośną rozmowę telefoniczną. Przecież po co wszyscy chodzimy do lekarza? Nie na kawę i tzw. ploteczki? 😉  Każdy drepcze nogami z radości, w oczekiwaniu kiedy nastąpi moment kontroli nadszarpniętego zębem czasu lub przygód zdrowia! Czy nie? Pragnienie by udać się wreszcie do przytulnej przychodni i porozmawiać z naszym przyjacielem dr n. med. … Ale żeby kobieta kobiecie?

Zadziwiają mnie podobne reakcje w kolejkach do lekarza. Może dlatego mam tak wysoko brwi ułożone… Obecne czasy wymagają chyba 30 godzinnej doby oraz układu nerwowego z gumy. Cudownie, jeśli ktoś potrafi wyznaczyć sobie granice tego szaleńczego pędu. Czy ktokolwiek podczas swojej wizyty lekarskiej będzie poganiał lekarza? Czy lekarz będzie zważał na komentarze wykrzykiwane lub wygłaszane po drugiej stronie drzwi? To święty czas każdego pacjenta, kiedy to może zadać lekarzowi nurtujące pytania. Nikt pępkiem świata nie jest.

Pierwsza zasada lekarzy brzmi „nie szkodzić”. Chyba byłabym paskudnym lekarzem, ponieważ gdyby tak wyrywny pacjent przekroczył próg mojego gabinetu, potraktowałabym go tak, jak oczekiwałby tego obecny pacjent wobec poprzedniego pacjenta. Na „dzień dobry” przybysza, kusiłoby mnie odpowiedzieć „do widzenia, zdrowy”. Fe, niedobra ja.

Pomalutku, powolutku i jakby cichaczem nadeszła jesień. Trzeba to przyznać, chociaż sama nie darzę sentymentem chłodniejszych pór roku. Jest to moment, w którym wykluwają się całe masy wirusów i bakterii, które z radością rozwijają się w osłabionych organizmach. Oznacza to kolejki w przychodniach i zyski dla firm farmaceutycznych. To chyba jedyny moment, kiedy pacjenci nie wymagają sprawnego załatwiania (bo inaczej tego się określić nie da) swoich poprzedników. Po prostu gorączka odbiera siły do narzekania, śledzenia i odczuwania uciekającego czasu. Każdy staje się wtedy empatyczny, bo sam ma podobne objawy, więc Polak – Węgier… inaczej: chory – chory dwa bratanki.

Tylko czy naprawdę trzeba być w niemal identycznej sytuacji, by zrozumieć drugiego człowieka? Nie można wykazać się odrobiną empatii tak po prostu? Jak sądzisz? Może też masz w swojej historii podobne przygody. Opowiesz?

Życzę dużo zdrowia i pozdrawiam serdecznie

alicja_joanna_marta

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *