Co to jest wrzesień?

    „Nie żartuję. Proszę mi wyjaśnić co to jest wrzesień i to czem prędzej, bo czuję się niekomfortowo, nie wiedząc  CO TO JEST WRZESIEŃ! A ciotka Marta wie. 

A ja mam wrażenie, że to niedobrze, że nie rozumiem tego słowa.” 

    Zgaduję, że takie myśli z całą pewnością mogłyby się kołatać po głowie pewnej małej damy z mojego bliskiego otoczenia po naszej rozmowie. Dama niebawem skończy trzy lata. Już niedługo w jej życiu będzie miało miejsce bardzo ważne wydarzenie, mianowicie pójdzie do przedszkola. Pamiętajmy o tym, że dzieci też się stresują, a to będzie całkiem nowa sytuacja. Podczas naszej rozmowy ustaliłyśmy kilka faktów: pozna inne dzieci – nowe koleżanki i kolegów, wraz z którymi będzie się bawić oraz uczyć się nowych rzeczy. Dowiedziałam się też, że umie liczyć do pięciu.
I w tym momencie ciotka (czyli ja) okazała się być kompletnie nieprzygotowana na rozmowy z takimi trzyletnimi, poważnymi ludźmi. Otóż zapytałam, czy do przedszkola idzie od września. Brawo ciotka! Dziecko kiwało główką z jakby lekkim niezrozumieniem w oczach. Ciągnęłam rozmowę, a potem zabawę kolorowymi piłeczkami dalej, by nie czuła się zakłopotana. Aby nie wywnioskowała, że coś jest nie tak. A mnie w głowie zostało echo mojego pytania: „Czy do przedszkola idziesz od września?”. Przecież ona nie wie, co to jest wrzesień. Niczym obcokrajowiec – turysta, który chce się dogadać z tubylcami, patrzy w oczy, potakuje, a i tak nie ma pojęcia, o co chodzi drugiej osobie. Czy wrzesień to jakiś wazon? A może nazwa zupki, którą mama ugotuje na obiad? Hm, a może wrzesień to niezbędny przedmiot, z którym idzie się do przedszkola?

    Na drodze przemyśleń uświadomiłam sobie, że dorosłym chyba sprawia to jakąś przyjemność, kiedy mogą wprawić dziecko w zakłopotanie. Chociaż może nawet tego nie czują, choć to dość słabo o nas, dorosłych świadczy.

 Zaczęłam wspominać: „A którego rodzica kochasz bardziej?” zapytała niegdyś starsza pani, sąsiadka mojej babci. Pamiętam, że była to dla mnie całkiem niezrozumiała sytuacja, ponieważ obojga rodziców kochałam (i kocham nadal) tak samo mocno, a ta kobieta każe mi wybierać. O co jej chodzi? Jeszcze była  uśmiechnięta. Miałam chyba chęć zrobić jej krzywdę.

Potwierdzona informacja: odpowiedziałam, że obojga. Pani była niepocieszona. I dobrze.

Inna sytuacja: „Nie poznajesz mnie?” usłyszane kilka razy w życiu małej mnie. Pytanie zawsze zadawane z nutą niedowierzania, którą wrażliwe ucho dziecka od razu wyłapało.  No tak. Przecież jak ja mogę tej pani nie poznawać? Mój mały mózg ma może właśnie 3-4 lata i mam wszystkich napotkanych na drodze (nawet za życia płodowego) poznawać. Karygodne, że tego nie robię.

Akcja numer trzy: „No pocałuj wujka!” usłyszane podczas jednego z wesel. Wujka w myślach przeklęłam „świnią”, chociaż biedaczek był niewinny. Powinna tak natomiast zostać nazwana ciotka, którą sytuacja musiała bardzo bawić. Nie pocałowałam. Omsknęłam się swoim policzkiem po jego policzku. Było mi niemiło, bo wszyscy byli upoceni – jak to latem.

W sumie, podczas pisania tego tekstu, do głowy przychodziły mi coraz nowsze sytuacje z życia. Każdą z opisanych wyżej oraz tych nieprzytoczonych, pamiętam jak dziś, mimo że minęło od nich baaardzo dużo czasu. Wyobraźmy sobie więc, jaki ładunek emocjonalny mają dla dziecka takie zagrania w wykonaniu dorosłych. Ponadto właśnie zauważyłam, że głównymi bohaterkami wspomnianych sytuacji były kobiety. Babcie, ciotki, sąsiadki. Płeć, która przez kulturę została automatycznie powiązana z dzieckiem – jako wieczna opiekunka, zatroskana o dobro potomstwa i rodziny.

    Jeśli jesteś czytelniku osobą dorosłą, pomyśl, jak byś się czuł, gdyby podobnie ktoś postępował obecnie wobec Ciebie. I chociaż nikt nie ma złych zamiarów, powielając takie wzorce, jest się według mnie irytującym.

Jeśli jesteś czytelniku jeszcze dzieckiem – ech, wiem, pewnie denerwuje Cię to określenie, wybacz – buntuj się! Nie pozwalaj, by ktoś Cię zawstydzał i wpędzał w zakłopotanie.

Dlaczego ludzie tak robią? I co to jest wrzesień?

Pozdrawiam

alicja_joanna_marta

2 thoughts on “Co to jest wrzesień?

  1. No w punkt, po prostu w punkt! Ile ja takich sytuacji przerobiłam w moim dziecięcym życiu… Przychodzi mi jeszcze do głowy wypowiedziane z wyrzutem w głosie pytanie: “Nie chcesz się bawić z Robertem?” (nie chciałam bawić się z chłopcem, z którym podobno kiedyś już się poznaliśmy, ale ja tego zupełnie nie pamiętałam). Albo: “pokaż cioci, co dostałaś”, czy też “zagraj księdzu kolędę” (ksiądz przyszedł do domu po kolędzie – a ja w podstawówce uczyłam się grać na keyboardzie). Byłam chyba bardzo świadomym dzieckiem, bo dużo pamiętam z moich czasów przedszkolnych i wczesnoszkolnych. I pisząc “pamiętam”, mam na myśli pamiętanie nie tylko konkretnych sytuacji, ale i emocji, jakie rodziły się we mnie pod ich wpływem.
    W moim przypadku sprawę dodatkowo komplikował fakt, że od zawsze byłam chorobliwie nieśmiała. Nie mówiłam “dzień dobry” sąsiadom, bo okropnie się wstydziłam. Bałam się też rozmawiać przez telefon do tego stopnia, że już sam dźwięk jego dzwonka wywoływał u mnie stres. A tutaj presja z góry: “no powiedz panu Heniowi “dzień dobry”!” albo: “zadzwoń do dziadka z życzeniami, ma dziś imieniny”. Pamiętam, że w tych sytuacjach oprócz lęku towarzyszyło mi też poczucie winy i wstydu, że nie daję rady być taka, jak oczekują tego ode mnie najbliżsi.
    Będąc już dorosłą osobą i wspominając moje przeżycia z dzieciństwa doszłam do wniosku, że problem nie tkwi w tym, że maluchy są nieposłuszne albo nie dość rozwinięte na swój wiek. Tu chodzi o to, jak rodzice chcą być postrzegani przez otoczenie i jak chcą, by to otoczenie postrzegało ich pociechy. Dziecko traktowane jest jako ich wizytówka. Mówi “dzień dobry” sąsiadowi – znaczy się jest grzeczne, a rodzice dobrze je wychowują. Nie mówi “dzień dobry” – jest krnąbrne i źle wychowywane przez rodziców. Jest to presja narzucana zarówno przez otoczenie, ale i czasem przez samych rodziców, którzy, być może, czują potrzebę dowartościowania się przez własną latorośl.
    Pamiętam dokłądnie, kiedy po raz pierwszy powiedziałam “dzień dobry” do sąsiadki. Miałam wtedy siedem lat, babcia poprosiła mnie, zebym zeszła do skrzynki na listy i wyjęła z niej pocztę. Na korytarzu minęłam się ze starszą panią, która mieszkała na czwartym piętrze. “Dzień dobry” wyszeptałam drżącym dziecięcym głosikiem, odpowiedziała mi skinieniem głowy. Co istotne – byłam w tej sytuacji SAMA, bez świadków w postaci rodziców/ dziadków/ cioć/ wujków, a przez to nikt nie wywierał na mnie presji. I choć nadal się bałam, poczułam się na tyle silna, by wydusić z siebie to “dzień dobry”, które tyle razy nie przechodziło mi przez usta w ich obecności.
    Nie chodzi o to, żeby od dzieci pewnych rzeczy nie wymagać. Nie uczyć bycia grzecznym i kulturalnym. Chodzi o to, by w tym wszystkim nie nakładać na maluchy dodatkowej presji i pozwolić im uczyć się i popełniać błędy. Pogodzić się z tym, ze pewne rzeczy nie zaskoczą od razu, tylko przyjdą z czasem. Bo dzieciaki naprawdę rozumieją i potrafią więcej niż nam się wydaje! Wystarczy tylko w nie uwierzyć 🙂

    1. Mrs_Bartolozzi, cieszę się, że zdecydowałaś się podzielić tutaj swoimi wspomnieniami. Dziękuję Ci za to! 😀 Emocje pozwalają nam zachować wspomnienia, które pozostają na długie lata. Zauważam, że duża część z tych emocji jest niestety negatywna (jak na przykład wynik nieśmiałości, strachu, stresu). Myślę, że gdyby dorośli mieli czas porozmawiać z dziećmi na ten temat, byłaby to duża ulga. Pozdrawiam Cię serdecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *